Krótka historia teledysku


video

Z głośników telewizora zaczynają powoli sączyć się pierwsze dzwięki gitary Slasha


Na ekranie człowiek w czerwonym, ciepłym płaszczu idzie przez mrożną ziemię, z pistoletem w dłoni. Śnieg pada obficie, a postać dygocze z zimna. Początek teledysku do piosenki DON'T CRY grupy Guns'N'Roses. Inny obraz. Szybkie, dynamiczne wejście gitar zwiastuje start piosenki DO THE EVOLUTION. Patrzymy z zaciekawieniem na animowany obraz, na ekran który, w rytm piosenki, pokazuje nam kolejne etapy ewolucji Ziemii i człowieka. Teraz rodzi się pytanie- co zapamiętamy bardziej? Muzykę? A może jednak tylko i wyłącznie teledysk? Najprawdopodobniej w obu wyżej wymienionych przypadkach będziemy w stanie zapamiętać po równo dzwięk i towarzyszące mu obrazy. Jednak gdybyśmy podstawili te sama pytania do większości obecnie emitowanych teledysków odpowiedz nie byłaby już taka oczywista. Po prostu producenci wideoklipów prześcigają się w tworzeniu coraz wymyślniejszych obrazów, coraz bardziej dynamicznego, efekciarskiego montażu. Skutek jest taki, że nader często gdzieś w zakamarkach naszej pamięci pozostają migotliwe ujęcia i rwący się montaż, jednak kto tą piosenkę śpiewa, a nawet jaka melodia leci w tle owych obrazów już sobie przypomnieć nie jesteśmy w stanie.

Według słownika Kopalińskiego wideoklip to "kilkuminutowy program TV zrealizowany na temat piosenki, która stanowi jego warstwę dźwiękową". Czyli co? Piosenka tłem? Jakąś tam kolejną warstwą zagłuszoną następnymi? Nie, nie takie jest przecież założenie teledysku! A jednak taki jest efekt...

Prawdziwa era teledysków zaczęła się wraz z wejściem na rynek telewizyjny w latach 80. "nowej jakośći", czyli stacji emitującej tylko i wyłącznie wideoklipy. MTV (bo tak właśnie nazywała się ta stacja) szybko podbiła serca widzów, przez co ta forma filmowa zaczęła być opłacalna. I dla muzyków, i dla producentów...

Jednak historia teledysków sięga jeszcze wcześniej, bo do wczesnych lat 60. kiedy to na użytek telewizji zaczęto produkować krótkie filmiki, najczęściej o prostej fabule, z muzyką w tle. Idealnie te kryteria spełniają wideoklipy do piosenek Wszystko mi mówi, że mnie ktoś pokochał zespołu Skaldowie (plaża, morze, rowery wodne) oraz Poszła bym za Tobą z repertuaru Breakout (Mira Kubasińska na dachu jednego z warszawskich wieżowców). Za granicą (choć w Polsce też) częściej widzowie mieli do czynienia z występami dla telewizji lub z zapisem z koncertu (ewentualnie dany utwór był zaśpiewany z playbacku lub podkład z taśmy dodany został w ramach montażu). Tak było np. ze Starway To Heaven grupy Led Zeppelin. Czasami teledyskiem była piosenka wycięta bezpośrednio z filmu - np. z "Grease" albo "Help" lub polskiego "Kuligu".

Tak więc teledyski, zainsipirowane reklamą, promujące artystów doczekała się w latach 80. MTV. I jak łatwo przewidzieć nastąpił boom! na tą formę filmową. Najpierw wielkim hitem (głównie dzięki teledyskowi) stał się kawałek Take on me grupy A-Ha. Jednak chwalony za realizację, fabułe itd. numer nic nie znaczy wobec teledysku do piosenki Thriller Michaela Jacksona. Kosztujący ok. miliona dolarów, trwający blisko dwadzieścia minut wideoklip wywindował piosenkę na pierwsze miejsca list przebojów, a Jacksonowi zapewnił podwaliny do tytułu króla popu.

A jak jest teraz? Cóż, era efektownych wideoklipów raczej się skończyłą i to bynajmniej nie dla tego, że obecnie robi się słabe pod względem realizacji wideoklipy. Wręcz przeciwnie! Jest ich tyle, że po prostu coraz trudniej jest czymś zaskoczyć widza.

Jednak nie oznacza to, że takich "zaskakujących teledysków" nie ma! Weżmy np. warstwę wizualną teledysku CLINT EASTWOOD zespołu Gorillaz, czy nawet resztę animowanych wideoklipów do utworów tego zespołu. Jednego nie można im odmówić. Gdy się je ogląda pierwszy raz przykuwają uwagę, jednak nie na tyle by nie móc wsłuchać się w warstwę dzwiękową. Czyli teledyski idealne? Poniekąd...

Słowo clip po angielsku znaczy 'uchwyt, klips, łącznik'. Tak więc funkcją wideoklipu ma być łaczenie obrazu z dzwiękiem. I wielka szkoda, że coraz większa ilość teledysków nie spełnia swej funkcji i zaczyna promować samą siebie, a nie piosenkę... Może warto zastopować ten proces i w dobie, gdy coraz bardziej prawdopodobne jest kręcenie teledysków trójwymiarowych, pójść śladem warszawskiego zespółu YokaShin i zacząć krećić swe teledyski za pomocą... komórki? W każdym razie zawsze jest jakaś alternatywa dla megaprodukcji teledysków Made in Hollywood...